
I przepadłam. Nie dlatego, że był tam Ben.
Świat przedstawiony i oprawa wizualna były naprawdę przyjemne. A stroje, w które byli odziani bohaterowie... sztos. Kocham filmy/seriale kostiumowe, kocham, gdy ubiór jest perfekcyjny, oddający klimat. I to tutaj dostałam. Tym mogłam się tutaj zachwycać. Kefty, czyli swoiste płaszcze, które nosili griszowie, były doskonałe w każdym calu. Aż sama w tym momencie marzę o posiadaniu chociaż jednej kefty w swojej garderobie.
Niestety muzyka niespecjalnie zapadła mi w pamięć, co jest dla mnie sporym minusem, bo jestem pod tym względem mocno wyczulona. Ale podobno nie można mieć wszystkiego.
Pierwszy odcinek pozostawił po sobie pewien niedosyt, dlatego też po prostu włączyłam kolejny. A potem kolejny i kolejny. Ukazana historia, relacje między Aliną oraz Malem sprawiły, że chciałam się dowiedzieć, co się podzieje dalej. Twórcy serialu całkiem zręcznie złapali na wędkę moją ciekawość. Pokazali mi barwne charaktery oraz intrygujące rozmowy, a we wszystko to wpletli... mój poziom dziwnego, pokręconego i czasami chorego poczucia humoru.
W adaptacji przedstawiono również losy innych postaci: Brekkera, Jespera, Inej czy Niny. Jak się potem dowiedziałam, w książce Cień i kość ich nie znajdziemy, natomiast możemy o nich poczytać w Szóstce Wron (akcja rozgrywa się po Trylogii Griszy). Trochę słabym jest to, że w pewnym momencie oglądania bardziej interesowały mnie perypetie wszystkich innych, tylko nie Aliny, ponieważ...
Nudziła mnie ta kobieta! Odebrałam ją jako pannę w opałach, wiecznie liczącą na wybawienie, choć niby próbowała gdzieniegdzie być taka harda i gotowa do łojenia tyłków. Zabrakło mi w niej tego magicznego CZEGOŚ. Tej siły charakteru. Tej tajemnicy. Tej iskry. Natomiast Mal był zupełnie inną parą kaloszy. Twardo stąpał przez życie, nie poddawał się, miał w oku ten magnetyczny błysk i sam aktor go odgrywający zrobił coś genialnego. Stworzył postać z krwi i kości, której emocje chce się odczuwać, którego chce się słuchać i oglądać.
Co lepsze, momentami irytująca główna bohaterka wcale nie przeszkadza w oglądaniu serialu. Śmiało można mieć wywalone na Alinę i cieszyć oko pięknymi widokami, dobrze zrobionymi efektami (Fałda Cienia jest naprawdę przerażającym miejscem), doskonale uszytymi kostiumami i... Benem.
Generał Kirigan to postać tajemnicza, mroczna i niebywale przyciągająca. Choć tak naprawdę nie ma go zbyt wiele do pewnego momentu, tak zawsze, gdy tylko się pojawia, robi wrażenie. Może to ta czarna kefta, może uroda, a może... Hmm...
Czasami aktor ma w sobie coś intrygującego. I moim zdaniem Ben Barnes z wiekiem to zyskał. W Opowieściach z Narnii był uroczym, pięknym chłopcem, natomiast najnowszy serial oparty na książkach Leigh Bardugo, wydobył z niego ten mrok. I TO MNIE URZEKŁO.
♦
Cień i kość to dobra adaptacja książki o tym samym tytule (gdy piszę ten tekst, jestem w trakcie czytania trzeciego tomu!). Nie nazwę jej genialną, nie zakrzyknę wszem i wobec BORZE SZUMIĄCY, OGLĄDAJCIE, BO BĘDZIECIE ŻAŁOWAĆ. Nie-e. Wydaje mi się jednak, że mając wolną chwilę, warto go włączyć i zobaczyć ten fantastyczny świat owiany rosyjskim klimatem. Warto poznać te postacie i przekonać się, co mają ciekawego do zaoferowania. Bo według mnie... całkiem sporo. Pomijając Alinę, ale może w drugim sezonie jakoś się ogarnie.
Moja skromna opinia: 4/5


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz