06 listopada

The Long Ballad - podsumowanie pozostałych sezonów (2-5)

The Long Ballad - podsumowanie pozostałych sezonów (2-5)


Po skończeniu pierwszego sezonu, nie usiadłam od razu do oglądania reszty. Nie umiem powiedzieć, dlaczego, ale poczułam, że muszę dać sobie chwilę na złapanie oddechu. Gdy jednak w końcu odpaliłam drugi sezon... wpadłam do czarnej dziury i dopiero tydzień temu z niej wyszłam. Czy żałuję? Ani trochę.

Częściowo do napisania podsumowania natchnął mnie tekst Kasi (ig: kkasikak), napisany dla portalu Grajmerki.pl. Traktuje on o damach w opałach (gorąco polecam Wam zerknąć i zostawić komentarz!), które często gęsto stanowią tylko tło dla reszty wydarzeń. Pomyślałam sobie wtedy, że w jakiś sposób The Long Ballad też realizuje ten motyw, tylko po swojemu.

Bohaterki tej chińskiej dramy to głównej mierze księżniczki. Aż nie podziały się straszne rzeczy, nie musiały się o nic martwić. Jedna sobie haftowała, druga uczyła się strategii oraz kung-fu i było bosko. Kłopotki się porobiły, gdy ktoś tam zmarł, ktoś został porwany, ktoś był ścigany i tak dalej. Czy nasze księżniczki posypały głowy popiołem i z miną pt. "halo, proszę mnie uratować" czekały, aż koń na białym rycerzu przybędzie? 

Nope. Za co tym bardziej uwielbiam ten serial.

Changge, główna bohaterka, wiedziała, że w pewnym momencie może umrzeć. Jasne, była ogólnie w średnim położeniu, jednakże nieustannie parła do przodu. Korzystała ze swojego szerokiego wykształcenia, ze znajomości, które kiedyś zawarł jej ojciec i podając się zazwyczaj za mężczyznę, próbowała dla siebie coś wywalczyć. Nie prosiła o pomoc, nie chciała na nikogo liczyć, głównie dlatego, że:
a) nie mogła na początku nikomu ufać,
b) nie zawsze myślała o innych, będąc skupioną na swoim celu,
b) a poza tym, jak już, wizja zgonu była zbyt realna, więc po co potencjalnych przyjaciół skazywać na śmierć.

A tu się pojawiał gdzieniegdzie Ashile Sun, pałający do Changge jakimś uczuciem i z uporem maniaka ratował ją, a potem miał pretensje... Dude, serio xD. Ale po pewnym czasie mu przeszło, przynajmniej obwinianie i trochę wydoroślał. (Ich relacja to motyw na totalnie osobny wpis)

Leyan, zaraz obok swojej kuzynki, zyskała bardzo dużo w trakcie kolejnych sezonów. W pierwszym poznałam ją jako słabą kukiełkę bez krzty charakteru, która opierała cały swój byt na Changge oraz ojcu. Potem jednak, po dramatycznych dla niej wydarzeniach, usamodzielniła się oraz zrozumiała, że całe życie miała klapki na oczach. Nie widziała, jak żyją poddani, nie miała bladego pojęcia o nieszczęściach, głodzie, śmierci i niesprawiedliwości. Życie przeorało ją w najgorszy i jednocześnie najlepszy możliwy sposób, a ona sama wyciągnęła z tych doświadczeń wnioski, dzięki którym stała się księżniczką naprawdę potrafiącą pomagać ludziom. 

Rzecz jasna, były próby, wielokrotne, ratowania Leyan, ale były przez długi czas bardzo nieudolne i dama w opałach przemieniła się w pewną siebie kobietę niepotrzebującą tych pomocnych dłoni. Przynajmniej nie tak bardzo, jak wcześniej.

(Gdy tak zerkam na kartkę z wypisanymi punktami do tego posta, stwierdzam, że mnie chyba porąbało... XD Część rzeczy zostawię sobie na inne razy, a tu postaram się dobić do brzegu.)

Postaram się teraz skupić na efektach. Coś, co mnie trochę bawiło, a czasami nawet i mierziło, to sposób umierania postaci. Tak, tak, był on MEGA DRAMATYCZNY (tak dramatyczny, że aż zębami zgrzytam), ale przy tym... Żenujący. 

Oglądanie podrzynanych gardeł po jakimś czasie się nudzi. Na dodatek te wszystkie ciachnięcia były tak płytkie jak nieuważne zacięcie się podczas golenia, ale w serialu, rzecz jasna, były totalnie na poważnie. Krwi tyle, co wcale, rany takie raczej niewyraźne... No nie przekonywały mnie. Ja wiem, że to nie jest serial wybitnych lotów pod pewnymi względami, ale do jasnej ciasnej xD DEJCIE WIĘCEJ KRWI

Walki, szczególnie te 1:1, były zrobione dobrze. Bardzo emocjonująco, dynamicznie, w pewnych momentach niestety pojawiał się cringe (NIE CZAS NA GADANIE), ale poza tymi fragmencikami, były super. Nie było odpalonego trybu turbo-wuxia, toteż walczący nie latali pod niebiosa, lecz zaledwie trochę wyżej skakali i ok. Tyle wystarczyło, by było klimatycznie, ale bez ogólnej przesady. 

(Odpalcie sobie mniej więcej od 7:20. Gorąco polecam <3)

ALE ŻEBY NIE BYŁO TAK SPOCZKO... Niepotrzebnie zbyt często wykorzystywanymi zabiegami było slow-motion i zbliżenia na... rękę czy coś innego, co tam sobie umyślili. Luuuudzie, ja wiem, że to jest DRAMA, ale aż tak dramatycznie to nie musiało być. Tłumaczę to sobie jednak tak: tym się charakteryzują tego typu seriale, tak musi być i basta. Oczywiście to nie jest moja ostatnia obejrzana radosna chińska twórczość. Mam już na liście co najmniej 5 innych dram do zobaczenia. Stay tuned! 

Na koniec napomknę jeszcze o doskonałej muzyce (ciągle słucham playlisty z utworami z The Long Ballad), ciekawych wstawkach animowanych (głównie wtedy, kiedy miały być jakieś większe bitwy) oraz intrygach, których rozwinięcia nie przewidziałam. Nie spodziewałam się, że złym złolem będzie ta osoba, która się nią... okazała. A że nie czytałam materiału źródłowego (mahua o tym samym tytule), to byłam pozytywnie zaskoczona. 

Chang Ge Xing to serial, który idealnie spełnia rolę subtelnie angażującego odmóżdżacza. Prócz przyjemnych głównych bohaterów, ma szeroką gamę drugo i trzecioplanowych postaci, które da się lubić lub wręcz odwrotnie. Postacie są wielowymiarowe oraz bardzo dobrze zagrane, dzięki czemu chce się wiedzieć, co będzie z nimi działo się dalej. Kilka razy zdarzyło mi się mocno wzruszyć, wkurzyć i nawet pojawiła się też chęć nakopania pewnej osobie do dupy. Wszystko to zebrane razem wydaje mi się dość dobrą rekomendacją serialu. Na pewno obejrzę go jeszcze nie raz, żeby poprzeżywać, pośmiać się i odrobinę pobyć z tymi bohaterami. 

16 października

Shang-Chi - czyli połączenie kina superbohaterskiego oraz azjatyckiego, które mnie kupiło

Shang-Chi - czyli połączenie kina superbohaterskiego oraz azjatyckiego, które mnie kupiło
Zawsze, gdy oglądam kino superbohaterskie, a nie daj borze szumiący, azjatyckie, mam wobec tegoż pewne oczekiwania. Nie są one, rzecz jasna, specjalnie wygórowane, bo raczej nie szukam tutaj specjalnego patetyzmu i poruszania boleśnie trudnych tematów (nie zawsze). W przypadku Shang-Chi śmiało mogę powiedzieć, że będąc jakoś w połowie filmu, wszystko, czego w nim szukałam, zostało odhaczone na mojej wyimaginowanej liście. I całe szczęście.

Do gustu najbardziej przypadła mi postać nie głównego bohatera, lecz jego najlepszej przyjaciółki. Kate to dziewczyna, która pracuje razem z Shaunem. Jej supermocą są: wybitna umiejętność dezorientacji osób głupich poprzez śpiew oraz urodzenie się z kierownicą w rękach. Jest chaotyczna, niebywale wierna oraz uparta. Mi piace, totalnie. Przy tym wszystkim nie jest rasową pięknością, czaruje osobowością i mnie totalnie sobą kupiła.

Ok, Shaun, czy raczej Shang-Chi, też jest przyjemną postacią. Głównie dlatego, że nie wali z grubej rury jaki to on jest super i w ogóle znam karate 4 stopień wtajemniczenia (tak naprawdę to kung-fu, bo chińskie klimaty), tylko próbuje żyć jak przeciętny człowiek z przeciętną pracą. Czasem zabaluje, czasami pojeździ czaderskimi furami z Kate i wystarczy. Problem się robi wtedy, kiedy o swoich dzieciach (tak, Shaun ma też siostrę. I JAK ONA SPUSZCZA ŁOMOT...) przypomina sobie główny złol całego przedstawienia.

Papa Wenwu, w którego wciela się genialny Tony Chiu-Wai Leung, rozbija bank. Choć w przypadku tego antagonisty powody do bycia czarnym charakterem są proste, tak bardzo dobrze zostały one odegrane. Utracona miłość boli i praktycznie każdego człowieka jest w stanie sprowadzić z drogi prawa oraz porządku na niekończącą się autostradę zemsty. Tak było też i tym razem. 

Poziom gry aktorskiej w filmie zasługuje na mocną okejkę, podobnie zresztą sceny walk. Kocham, gdy na ekranie się biją. A gdy się biją po azjatycku, to już w ogóle. Choć sama sztuk walki nie trenuję, tak uwielbiam oglądać, gdy za pomocą pięści i sprawnie wymierzonych kopniaków bohater, któremu kibicuję, załatwia tego drugiego. Trzeba przyznać, że historia sama w sobie była przewidywalna, nieszczególnie ambitna, ale czy mi to wadziło? Wcale. Mogłam się śmiało skupić na pozostałych aspektach, chociażby wizualnych czy dźwiękowych (uwielbiam, gdy mówią po chińsku - jestem prostym człowiekiem) i czerpałam ze wszystkiego maksimum przyjemności oraz funu. 

Wszystko powyższe oraz masa innych rzeczy (jak chociażby postać Trevora, którego znamy z Iron Mana 3 w roli Mandaryna) sprawiły, że Shang-Chi wpadł do topki moich ulubionych filmów. 

30 września

"The Long Ballad" sezon 1 - chińska drama z potencjałem

"The Long Ballad" sezon 1 - chińska drama z potencjałem

 

I to z przyzwoitym potencjałem, którego nie potrafiły (według mnie, rzecz jasna) przyćmić pojawiające się tu i ówdzie absurdy. A może po prostu ja się czepiam...

Jest taka szansa, ponieważ właśnie to czepialstwo sprawiło, że tym weselej mi było w trakcie oglądania pierwszego sezonu. Brak krwi na mieczu pomimo rozciachania komuś brzucha? PEWNIE SPŁYNĘŁA. Krew czerwona niczym tani keczup? ZMNIEJSZ KONTRAST W MONITORZE. Zawsze idealnie urządzone chaty z niezbędnym do przeżycia asortymentem? PRZECIEŻ W CHINACH JEST MASA OPUSZCZONYCH CHAŁUPEK (a że byli lokatorzy pomyśleli o zagubionych wędrowcach, to zostawili co lepsze i potem regularnie przychodzili uzupełniać zapasy, jakby tym razem kto inny zabłądził). 

To tak naprawdę wierzchołek czepialskiego Mount Everestu, ale szczerze - nie chciało mi się skrupulatnie wypisywać wszystkich takich przypierdółek, bo zabiłoby to oglądanie, które dało mi sporo frajdy. 

The Long Ballad opowiada historię Changge, która dorastała jako księżniczka Chang'an za czasów dynastii Tang. Prócz wygód i wszystkiego, co najlepsze, otrzymała też stosowne wykształcenie: potrafi walczyć, zna się na strategii i zmyślnie korzysta ze swojego wrodzonego sprytu. Aż pewnego dnia to wszystko tak naprawdę przestaje mieć znaczenie, bo jej rodzina zostaje zabita przez... ukochanego wujaszka Changge, ona sama ucieka i przez wszystkie odcinki obserwujemy jej tułaczkę.

Rzecz jasna pojawia się tutaj chęć zemsty, najpierw taka nieprzemyślana, aby tylko to zrobić i jakoś poradzić sobie z trudnymi emocjami. Potem jednak była już księżniczka zaczyna działać z coraz większym rozmysłem. Na całe szczęście mało co jej wychodzi! (Mhm, wiem, jak to brzmi xD) Młodej jest ciężko, kłody pod nogi dostaje dość regularnie, a przy tym nie pomaga fakt, że ciągle trafia na pewnego kolesia, który najpierw jej nie lubi, bo myśli, że jest facetem (Changge nosi spodnie, więc od razu staje się PANEM i MISTRZEM, wiadomka), a potem, gdy ogarnia, że nie, to mięknie mu... usposobienie.

Changge jednak jest mocno sfokusowana na celu, toteż mimo miłego jegomościa, zajmuje się swoimi sprawami i mąci gdzie może, żeby wyjść na tarczy z całej sytuacji. Wie, że jej zmarły ojciec nadal ma popleczników w kraju i próbuje uderzać po kolei do każdego, żeby z ich pomocą... rozpocząć wojnę. Prócz perspektywy naszej księżniczki, obserwujemy też właśnie Ashile Suna, przybranego syna wodza klanu, który w przebraniu (zazwyczaj) kupca obserwuje sytuację polityczną w większych miastach. Ta po przejęciu władzy przez wujka Changge gdzieniegdzie jest mniej stabilna, dzięki czemu widzimy, że utarczki wśród rodziny królewskiej odbijają się dość wredną czkawką. Nic tak nie zachęca do podbicia nowych terenów, jak chaos, prawda? 

Sam Ashile jest początkowo sztywny jak kolumna i jakiekolwiek śmieszki pojawiają się tylko i wyłącznie dzięki jego towarzyszom podróży. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy ogarnia, kim jest Changge. Ten wielki mruk nie tylko zyskuje trochę więcej charakteru, ale też pewnej lekkości. Może aktor musiał się rozkręcić i dopiero w późniejszych odcinka się udało? Nie wiem. Albo chcą w ten sposób pokazać... zmianę, rozwój tego bohatera, który dopiero dzięki Changge dopuszcza do siebie coś więcej. Być może.

Tak czy siak, pierwszy sezon nie jest wybitny, ale idealnie sprawdza się w roli oglądadła do jedzenia kolacji czy czilery po pracy. Niektóre postacie są przerysowane (jak chociażby handlarz ludźmi, borze szumiący, to dopiero krypny koleś, serio...), inne żenująco śmieszne, ale ważniejsi bohaterowie są przyjemni do oglądania. Trzeba dodać, że niektóre EFEKTY SPECJALNE(j troski) próbują naśladować te widziane w chociażby Trzech Królestwach czy Domu Latających Sztyletów. Wiecie, te turbo widowiskowe walki, małpie skoki , dramatyczne zbliżenia, emocjonująca muzyczka... No to wychodzi bardziej śmiesznie niż na poważnie, ale przyjmijmy, że TAK MA BYĆ. 

Ostatni odcinek sprawił, że pośród tego uprzejmego zainteresowania fabułą, pojawiło się ziarenko, które ma szansę wykiełkować w urodziwe zaintrygowanie tym, co się wydarzy dalej. Nie pozostaje mi nic innego, jak udać się do biedry po kolejną paczkę czip... wody (tak, są paczki wody, U MNIE SĄ), aby nie oglądać o suchym pysku. 

Na odchodne jeszcze: łapcie opening oraz ending, bo uważam, że są totalnie boskie:





25 września

House of the Dragon - luźne przemyślenia po pięciu odcinkach

House of the Dragon - luźne przemyślenia po pięciu odcinkach

 


Po pięciu odcinkach najnowszej produkcji HBO mogę śmiało stwierdzić, że...

WYSZŁY IM LEPIEJ NIŻ DWA* OSTATNIE SEZONY GRY O TRON. Ekhm, nie żeby trzeba było się wybitnie starać, żeby tamten dramat pobić, ale wiecie, o co chodzi. Prócz smoków, które są zajebiste w każdej odsłonie i dawce, największą robotę odwalają świetnie dobrani aktorzy. Nie wiem, jak przeżyję fakt, że nie dostanę już na ekranie porcji Milly Alcock, ale spróbuję sobie z tym poradzić.

Ten serial pokazuje wiele. I jednocześnie zostawia masę niedopowiedzeń. Czytałam w czeluściach neta, że co niektórym to przeszkadza. Bo dlaczego w sumie Targaryenowie siedzą na Żelaznym Tronie. PRZECIEŻ TO TAKIE Z DUPY. No ja nie wiem, zapewne jest na rzeczy coś, co sprawiło, że tak się dzieje. Ze stoickim spokojem przyjęłam ten fakt i cieszyłam się z oglądania odcinka za odcinkiem. 

Nadmienię od razu - nie czytałam książek, aczkolwiek przez ten serial mam ochotę sięgnąć po tę niedokończoną (na ten moment) historię sławnego George R.R. Martina. Może kiedyś do tego dojdzie, lecz póki co wolę się skupić na serialu. 

Musiałam, no...

ANYWAY...

Chemia, która występuje pomiędzy aktorami jest tak intensywna, że do tej pory czuję się nią oblepiona. Szczególnie, rzecz jasna, moje serce podbiła ta niecna i bardzo zakazana relacja pomiędzy Daemonem oraz młodą Rhaenyrą. Tak, ja wiem, to jest fe, żeby wujek z bratanicą, ale przymknijmy teraz na to oko, k? 

Nim zasiadłam do oglądania, słyszałam, że takie rzeczy się tutaj tworzą. Nie sądziłam jednak, że będę im potem kibicować. Co prawda to, w jakim kierunku się to potem potoczyło, nie usatysfakcjonowało mnie ani trochę, lecz momenty pomiędzy tymi konkretnymi Targaryenami wynagrodziły mi wszystko. Nie muszę pisać, że czekam na więcej, prawda? Choć teraz z już starszą Rhaenyrą, w którą wciela się Emma D'Arcy.

Jeśli o akcję chodzi, to nie ma tutaj spektakularnych walk. Trochę się nawalają z krabami, czasami jakiś smoczek buchnie ogniem, gdzieś mignie turniej rycerski. Pomijając te przerywniki, odcinki są przegadane. Ale za to w tak wyborny sposób, że chce się więcej.  I na całe szczęście to więcej nadejdzie.

Na ten moment śmiało mogę dołączyć do grona nienawidzących Alicent Hightower i jej ojca, któremu wyżej wsadziłam palec do nosa. Może to nie jest tak czysta nienawiść jak w przypadku Joeffrey'a, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Do irytujących lizodupów dołączył też sir Criston, wobec którego miałam dobre przeczucia i gdybym się wtedy o rękę z kimś założyła, to bym teraz nie pisała tego posta. Dobrze wiedzieć, że postacie nie są przewidywalne, a przynajmniej nie wszystkie.

Ród Smoka rokuje bardzo dobrze i mam tylko nadzieję, że nie spierdzielą tego tak spektakularnie, jak wiemy co i kogo. Danka też była zajebista, a potem no... Tak czy siak, nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na kolejny odcinek i wierzyć w to, że będzie przyzwoicie, albo przynajmniej nadal na obecnym poziomie.


*istnieją ludzie, którzy twierdzą, że trzy

Copyright © nieoKREŚLona , Blogger