
Malyen Oretsev. Cep nad cepami. Pies ogrodnika, dupek jakich mało, ale przy tym super zajebisty myśliwy i obrońca Aliny.
Przez blisko 200 stron jest go dość mało w książce, ale gdy już się pojawiał, miałam ochotę zdzielić go w łeb. Wyobraźcie sobie, że od dzieciaka się z kimś przyjaźnicie, żyjecie razem w obskurnym sierocińcu, stopniowo się w tym kimś zakochujecie, ta osoba jest Waszą jedyną rodziną (albo namiastką tejże), dorastacie, nadal w pewien sposób idziecie razem przez życie, a ten ktoś... biega za innymi laskami/facetami, niekiedy wysyła Wam jednoznaczne sygnały, ALE JEDNAK NIE, a potem, gdy w Waszym życiu pojawia się w końcu jakaś inna specjalna osoba, słyszycie wyrzuty, fochy i chamskie teksty.
Fajnie, Mal. Totalnie zajebisty jesteś, wiesz?
TAK NAPRAWDĘ TO NIE.
Wrócę jednak do Aliny, ponieważ jej rozchwiane ja momentami mnie osłabiało. Niepewność, czasami przesadna hardość wzięta z dupy, potem znowu skrytość, momenty niemalże heroiczne, nie, nie jednak mu nie powiem, jestem głupia, nie, a potem: MAL KOCHAM CIĘ, ale się o tym nigdy nie dowiesz, bo mnie wkurwiasz i ranisz.
Ale im dalej brnęłam, tym trochę lepiej ją rozumiałam. Głównie dlatego, że narracja pierwszoosobowa zastosowana tutaj przez Leigh Bardugo pozwalała gładko wejść w głowę tej dziewczyny. Gdy coraz lepiej poznawałam Alinę oraz fragmenty przeszłości, jej relację z Malem, dorastanie w sierocińcu w Keramzinie, tym łatwiej przychodziło mi ignorowanie tych rozchwiań, ponieważ... Alina nie ma podstaw do tego, by być stabilną emocjonalnie młodą kobietą. Jest sierotą, jej domem był bidul, w którym była dosłownie n i k i m. Małą, chudą dziewczynką, z której każdy chętnie się nabijał. Bo co takie chuchro może, nie? Potem wstąpiła do wojska, została kartografką, ponieważ nieźle rysowała i tyle. Kreślenie map było tą namiastką stabilizacji, jaką Alina sobie wypracowała.
Aż w pewnym momencie okazało się, że jest kimś więcej.
I to nie byle kim, bo z dawien dawna wyczekiwaną zbawicielką całego świata. Bardzo przypadło mi do gustu, że przez długi czas Alina nie potrafiła wcale sięgnąć do źródła swej mocy. Że ta blokada siedziała w jej głowie oraz sercu, że psychika oraz strach to dwa czynniki, których nie była w stanie przeskoczyć tak po prostu. Że dopiero, gdy pozwoliła opaść tym murom, dała pełną swobodę emocjom, ta moc przywoływania światła wybrzmiała i przepełniła jej ciało.
Przyjemnym założeniem, odmiennym od standardowego ogrom mocy mnie osłabia, w przypadku mocy griszów jest to, że im więcej z niej korzystają, tym mocniejsi się stają. Ta moc żywi griszów, sprawia, że wizualnie pięknieją, ich ciała są silniejsze i żyją zdecydowanie dłużej niż przeciętny śmiertelnik. Jakkolwiek lubię założenie, że wielka moc to wielki wysiłek dla ciała, tak tutaj kreacja magii jest fajna. Mocna okejka ode mnie.
Pardą. To nie jest stricte magia, lecz Mała Nauka, wedle uniwersum. Ponieważ każdy grisza, bez względu na to, jaką mocą włada, wykorzystuje to, co jest w jego otoczeniu. Ciepło jest z najbliższego ogniska czy żywego organizmu, światło ze słońca, mrok z ciemności, i tak dalej. I TO TEŻ JEST SUPER. Jasne, trzeba przejawiać pewien potencjał w sobie, ale nagle nikt z dupy nie nadmucha mi tutaj trąby powietrznej. I ja to kupuję. Ma to sens, to jest logiczne.
Klękam uniżenie i podziwiam Leigh Bardugo za wykreowany świat. Jest on niesprawiedliwy, mroczny, czasami bardzo zły, przesiąknięty ludzkimi ułomnościami. A rosyjskie nawiązania wołające do nas zewsząd nadają wyjątkowy klimat całej trylogii, nie tylko tej części. Widać, że autorka przygotowała się bardzo dobrze, a sumiennie zrobiony research na temat wschodniej kultury i tamtejszej fauny oraz flory sprawił, że dostaliśmy niezłą porcję fantastyki w niepokojących rosyjskich klimatach.


Kurde, znowu chcę przeczytać tę książkę, bo brzmi to emocjonalnie fajnie i cieplutko, a z drugiej strony nie chcę, bo bohaterowie wkurzający. I jak tu żyć? :D
OdpowiedzUsuńJa Ci powiem, jak żyć!
UsuńOtóż: pożyczyć ode mnie kolejną trylogię :D
Najpierw oddam tamtą, plis :D
UsuńPrzy oddawaniu tamtej zrobimy wymiankę :D
Usuń