12 maja

Tunelami do Polis

25 października 2023 roku

To chyba już ten etap, gdy człowiek bardzo chce pamiętać, ale zdecydowanie nie potrafi. Gdy wspomnienia uciekają jak najdalej, choć bardzo staram się je złapać swoimi wyimaginowanymi rękoma.

Są tacy, którzy nadal żywią się wspomnieniami tego, co byli zmuszeni zostawić tam, na powierzchni. Miraże przeszłości są tak intensywne, że ci ludzie całkowicie odcinają się od świata, w którym egzystują teraz. Co stopniowo doprowadza ich do całkowitego szaleństwa. 

Poniekąd to rozumiem.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że pamiętam lekko ciężkie, aczkolwiek nadal życio- i rakodajne powietrze Krakowa. Smog wtedy był jednym z większych problemów tego niegdyś królewskiego miasta, a moje codzienne poranne zniecierpliwienie, bo dzieciaki niechętnie jadły śniadania, było stałym punktem dnia, który wtedy mnie irytował, a teraz wbija w moje serce bolesne ciernie. Raz za razem, gdy o tym pomyślę. 

Czasami nawet zapominam twarzy swoich córek. Zerkam wtedy na wytarte fotografie, które starym zwyczajem nosiłam w portfelu i odświeżam sobie wtedy ich buźki. Głosów jednak już nie pamiętam. Samych barw. Mogę je opisać kilkoma przymiotnikami, ale nie oddadzą one w pełni tego, jakie były. Jak bardzo potrafiły mnie wkurzyć i jak bardzo rozczulić, w zależności od sytuacji, w której wtedy się znajdowałyśmy. 

Mój mąż, Wojtek, powiedziałby wtedy coś błyskotliwie durnego, aż zaczęłabym się śmiać i cała ta wewnętrzna zgryzota stopniowo odchodziłaby w niepamięć. 

Ale został z dziewczynkami w Krakowie. 


Mogę mieć tylko nadzieję, że zginęli szybko. I żałuję, że mnie też szlag nie trafił. 

 

#

 

– Pani doktor znów u nas – odrzekł postawny, acz mający jeszcze mleko pod nosem mężczyzna, sprawdzający papiery na przejściu na Kijewskiej. – A czego pani doktor szuka? – zapytał i zlustrował rudą oraz zabrudzoną postać Anki, która niespecjalnie miała ochotę na czcze pogawędki z kolesiem jego pokroju. Trochę nie twoja liga, smarkaczu.

– Chcę wrócić do domu – mruknęła jedynie i przewróciła oczyma dość jasno sugerując młodemu strażnikowi, że leje na jego służbistyczne włażenie w dupę tym wyżej i zwyczajnie nie ma na to również czasu.

– Sorokin, przepuść panią.

Mocny głos Bykowa dotarł do Anki. Kobieta z krzywym uśmiechem zawiesiła spojrzenie na Sorokinie. Bykow miał u niej dług wdzięczności, którego najpewniej nigdy nie będzie w stanie spłacić, stąd gdy tylko ten stał na przejściu, przepuszczał ją nawet nie zaglądając w graty, nie mówiąc o niepotrzebnym przetrzymywaniu na granicy. Życie żony i córki w końcu nie ma jasno określonej ceny, prawda? 

– Dzięki – odparła i uniosła zabandażowaną rękę w geście podziękowania, po czym, całkiem zapominając o nadgorliwym towarzyszu Sorokinie, ruszyła dalej przez stację. 

Słyszała jeszcze tylko za plecami gderliwe trajkotanie innych, którzy nie mogli liczyć na protekcję nikogo z Hanzy i swoje na przejściu musieli odstać, lub wrócić skąd ich tam przywiało. 

Westchnęła.

To nie był rodzaj pomocy, który mogła ofiarować tym ludziom. Jeśli, rzecz jasna, żadne z nich nie potrzebowało akurat pilnego szycia, nastawiania kości czy innego krojenia w celach prozdrowotnych. Wolała też nie pakować się w dysputy i walki „kto w gębie silniejszy”, bo jej niekiedy średnio wyparzony jęzor napytał jej już swoistego prostowania nosa, pęknięcia podstawy czaszki i nawet złamania prawej nogi. Nie wspominała tych wydarzeń zbyt miło, a i powtarzać też nie chciała. Nie była wtedy zbyt pożyteczna, co przekładało się na to, że nie mogła zarabiać ani zaciągać kolejnych przysług, które, jak by nie spojrzeć, ustawiły ją całkiem nieźle w tym postnuklearnym bagnie. 

– Mój jest ten kawałek podłogi – zanuciła pod nosem i w swoim tempie szła dalej, czasami tylko zerkając na boki, gdy czuła, że ktoś obcy zbyt intensywnie się jej przygląda. 

Zwykle nie zwracała na siebie uwagi wśród tubylców. Gdy nie chciała, nie była w ogóle interesującą osobą, choć zwykle machnięcie jednemu czy drugiemu papierami ze swoimi imieniem oraz nazwiskiem otwierało jej drzwi do w miarę świętego spokoju i przejścia dalej bez konieczności brania nóg za pas. Przez te dziesięć lat Anna Bliska wyrobiła sobie tutaj pewną renomę. Najpewniej dlatego, że nie ostało się zbyt wielu lekarzy, a w szczególności z gatunku tych dzierżących skalpel. 

– Nie mówcie mi więc, co mam robić. 

Ktoś stojący niedaleko wyjścia ze stacji prychnął. Anka zatrzymała się i poprawiła przerzucony przez ramię refleks, z którym nie rozstawała się podczas dłuższych wędrówek po Metrze i spojrzała w kierunku, z którego owy dźwięk do niej dotarł. Jakimż zaskoczeniem dla niej było, gdy zobaczyła tylko plecy odchodzącego zygzakiem jegomościa. 

Pokręciła głową, wymacała przypiętą do paska latarkę i ruszyła dalej. Tunel prowadzący na Smoleńską był zwykle dość spokojny. Anka z rzadka kogoś mijała na tej trasie (a na pewno nie spodziewała się napotkać żadnej przetrąconej brzozy), toteż pozwoliła sobie na ciche podśpiewywanie starej polskiej piosenki, by umilić sobie trasę do Polis. 

 

Jak dawno nie było jej w domu? Nie umiała stwierdzić. Bywały takie okresy w życiu, kiedy gubiła rachubę i nie potrafiła jasno określić ile czasu upłynęło od jednego do drugiego wydarzenia. W metrze wszystko wyglądało względnie tak samo. Hanza trzymała ludzi za pyski, Polis uchodziło za ostoję cywilizacji, Czerwoni mielili w paszczach ostatnią przedwojenną zadymę z Hanzą, Czwarta Rzesza dalej chrzaniła o czystości rasy aryjskiej, a Sataniści ciągle nie wykopali na tyle głębokiej dziury, by popełnić zbiorowe samobójstwo. Znaczy... aby dostać się do ostatniego kręgu i przywitać na tym łez padole ichniejszego Pana.

– Za płytko ciągle, wie pani - powiedział jej kiedyś jeden z tych oszołomów, gdy całkiem przypadkiem trafiła za blisko siedliska wyznawców Szatana. – Ale Pan nasz i Zbawca, Ciemiężyciel, Jedyny Sprawiedliwy, który ukarze naszych wrogów, jest już blisko. 

Ruda raczej nie wierzyła w tego typu rzeczy. Generalnie nie należała do osób wierzących w cokolwiek, prócz że człowiek to najgorsze ścierwo chodzące po tym dogorywającym już świecie.
Co tu dużo kryć - człowiek człowiekowi zgotował mieszkanie pod ziemią razem ze szczurami. Nie żadne wymyślne bóstwo czy inne bezeceństwo, które nie miało i tak prawa istnieć. 

– Jakoś nigdy nie lubiłam Boskiej komedii – wtrąciła. – W ogóle sam pomysł z tymi kręgami jest dla mnie nietrafiony. Po co tak rozdzielać tych rzekomych grzeszników. Nie lepiej ukisić wszystkich w jednym kotle? Skoro są tacy źli, to nie zasługują na specjalne traktowanie…

To był jeden z tych momentów, gdy Bliska mogła zawrzeć usta i nie sugerować fanatykowi, że to, co wyznaje, jest idiotyczne. Oczywiście zorientowała się o tym kilka sekund za późno, gdy wygłoszona wypowiedź dawno wybrzmiała z jej ust, a całość zdążyła dotrzeć do uszu Satanisty, który przemielił ją w swoim i tak dziurawym mózgu, dorzucając doń jeszcze szczyptę swojej zakrzywionej ideologii. 

Tutaj paszport nie dawał azylu, a szkoda było dalej strzępić ryja i lepiej było zwyczajnie zwiewać. Do tej pory nikomu nie przyznała się, że z Timiriazewskiej biegła tak szybko, że zatrzymała się dopiero na końcu Sawiełowskiej, gdy zaczęła hiperwentylować, a nogi zrobiły się tak miękkie, że runęła jak długa przed siebie. Zaś gdy w końcu się otrzepała, odzyskała kontrolę nad układem oddechowym i zwyczajnie odpoczęła, doturlała się bardzo powoli do Mendelejewskiej, na której to dopiero jej zwyczajowy rezon wrócił na miejsce. 

 

Parsknęła sama do siebie podczas wspominek nad swoją głupotą i dość rutynowo zatrzymała się na kilka sekund, by latarką oświetlić przestrzeń za sobą i dookoła. Od strony stacji, która powinna się znajdować jakieś sto pięćdziesiąt metrów za nią, zaczęły dobiegać już do rudej charakterystyczne dla tego skupiska ludności głosy. Pozwoliła sobie na subtelny uśmiech, który nie był częstym gościem na jej piegowatej twarzy. Wznowiła więc wędrówkę, nie mogąc się już doczekać aż położy się na czymś innym, niż na kawałku podłogi nakrytym starym kocem. Nie mówiąc już o luksusie umycia się porządnie mydłem w czymś większym, niż niewielka drążona miseczka, która ledwie mieściła jedną chochlę ciężkiej do rozpoznania szarej papki. Pożywnej papki, aczkolwiek nadal… bleh.

W ogóle z tą papką, którą można było gdzieniegdzie kupić było tak, jak kiedyś z parówkami. Z czasów przed wojną. Parówki dostać było można wszędzie, ale każde miały w sobie dosłownie wszystko i nic. A im człowiek miał w głowie więcej, tym mniej się interesował, co naprawdę wchodziło w skład tego rodzaju pożywienia. 

Niektóre rzeczy się nie zmienią. Nigdy.

– Anja, kopę czasu cię nie było! – Mężczyzna o dość przyjemnym brodatym usposobieniu pomachał kobiecie, gdy ta znajdowała się jakieś dziesięć kroków od posterunku, na którym miał dzisiaj służbę Aristow. 

Anton Aristow był człowiekiem, którego nie dało się nie lubić. Uchodził, oczywiście w mniemaniu rudej, za najmilszego mundurowego, którego wypluła z siebie Hanza. Nie potrzebował żadnej łapówki, nawet podczas pierwszego ich spotkania. Trzepał raczej niezbyt skrupulatnie, ale za to potrafił wyczuć, gdy ktoś kręcił na tyle, że zwyczajnie zasługiwał na porządną rewizję. Zwykle jednak obchodziło się bez tego typu wątpliwych przyjemności. Wystarczyło z tym człowiekiem czasami po prostu porozmawiać i nie traktować go jak debila, do którego mu brakowało sporo, czym też wybijał się spośród tutejszych pilnujących. Najpewniej dlatego, że nim ludzkość zeszła do podziemi, należał do grona tych wykształconych, z otwartym umysłem i nadzieją na lepszy świat. Szkoda tylko, że to ostatnie tak raczej nie wyszło.

– Wiesz jak jest, Anton. – Wzruszyła ramionami i posłała mężczyźnie delikatny, acz zmęczony uśmiech. – Stalkerów, choć niewielu, szyć trzeba. Takie tam swoiste dobro nie do końca zjednoczonych narodów. – Mrugnęła do niego porozumiewawczo i pozwoliła sobie przycupnąć na fragmencie postawionego przy posterunku muru. 

Aristow nie odpowiedział od razu, wydając swoim podwładnym kilka rozkazów, których treść w ogóle Anki nie obchodziła, następnie wyszedł z budy, w której zwykle przebywał i przycupnął obok kobiety. 

– Nie wpakowałaś się znowu w kłopoty, co? – zapytał i zmierzył ją wzrokiem, który, choć w półmroku, nadal kontrastował z ciemnymi włosami i jeszcze nie tak do końca wyblakłą śniadą cerą. 

– Ja? Daj spokój. Nie znamy się od wczoraj… – mruknęła Bliska i szerzej się uśmiechnęła, jakby chcąc się pochwalić, że jeszcze ma komplet uzębienia. Przyozdobiony subtelną diastemą między jedynkami, ale nadal! Totalnie zdrowe zęby. Jeszcze.

– Anja, kręcisz. – Nie dawał za wygraną brunet, choć nie był nieprzyjemnie natarczywy. Wiedział, że jeśli ruda się uprze, to wciśnie mu najgorszą ściemę, a ten co najwyżej będzie mógł się obrazić i znów czekać miesiąc, aż pani doktor raczy wracać tą drogą do Polis. Co prawda wchodziło w grę również odnalezienie jej na samej stacji, by porozmawiać, ale Bliska uchodziła za osobę niesamowicie zajętą.

– Anton, przysięgam. Młynarz i jego eskadra złodupnych stalkerów znowu była do szycia. Nie dało się ich dotachać tu, to poszła góra do Mahometa i tak wyszło, że jestem zwyczajnie zmęczona. – Odłożyła łuk i zrzuciła plecak. Kołczan ze strzałami ciągle miała przyczepiony do prawego biodra, przy lewym zaś była kabura z subtelnym pistoletem produkcji Czeskiej, za który Anka dała pewnemu handlarzowi w ryj. Nie pamiętała już dlaczego mu przywaliła, ale po latach stwierdziła, że było warto, choć samej broni nie używa zbyt często. Niemal w sumie wcale. CZ P-07 to ostateczność, jeśli łuk i nóż nie załatwią sprawy, a spokojne negocjacje przejdą w te zdecydowanie bardziej agresywne. 

Aristow kiwnął głową i odpuścił. Brzmiało to sensownie i nie widział dalszej konieczności w drążeniu tematu. Rudowłosa była zmęczona, co odznaczało się mocno na jej twarzy. Mimo kilku warstw brudu, ciężko było ukryć zmarszczki, które drążyły coraz głębsze koryta szczególnie wokół oczu Anji. Nie odejmowało to jednak kobiecie urody, a wręcz przeciwnie - dodawało swoistej zadziorności i nieustępliwości oraz… mądrości. Choć faktycznie często Bliska zachowywała się idiotycznie, tak w sprawach dotyczących ludzkiego ciała wykazywała się prawdziwą mądrością i tego nie mógł jej odmówić. Dźwigała na swych barkach sporą porcję wiedzy, którą nie tylko musiała propagować, ale też przekazywać studentom. 

– Tęsknisz czasem? – zapytał Anton po angielsku. 

Anka była jedną z nielicznych osób, z którymi mógł nadal ćwiczyć ten, wydawać by się mogło, zapomniany już język. Plusem również tego był fakt, że reszta tutejszych zwyczajnie nie miała pojęcia o czym wtedy ta dwójka rozmawiała. Ot, przyjemne z pożytecznym.

– Nieustannie. Ale staram się to robić nie do końca świadomie. 

Ruda wzruszyła lekko ramionami.

– Wiesz, zwyczajnie lepiej jest nie zapadać się we wspomnienia. – Poklepała go po ramieniu i powoli wstała. – Podejrzewam, że twój partner nie chciałby, żebyś popadł w marazm czy inne szaleństwo, hm? 

Aristow westchnął ciężko i pokiwał głową. Anka miała rację. Jego Sasza chciałby, żeby on, Anton, żył przynajmniej względnie normalnie. Choć już bez niego.

– Trzymaj się – powiedziała kobieta, następnie zarzuciła swoje graty na plecy i powoli ruszyła dalej, ku Polis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © nieoKREŚLona , Blogger