09 maja

Mój gabinet to pokój zwierzeń dla pacjentów

Bardzo lubię ten moment, gdy między mną a pacjentem tworzy się pewien rodzaj więzi. Obydwoje mamy świadomość, że będziemy się widzieć tylko przez te 2 tygodnie (bo tyle trwa jedna tura rehabilitacyjna na NFZ), ale tak czy siak, w przypadku większości osób, mimowolnie się do siebie przywiązujemy.

Nie zawsze jest to takie intensywne, raczej głównie opiera się na grzeczności i wzajemnym szacunku, pewnej dozie swobody, ale czasami pojawiają się tacy pacjenci, których historie ze mną zostają. W jakiś sposób.

Już drugi raz moją pacjentką jest pani Zofia*, która pierwszego dnia, te kilka miesięcy temu, gdy położyła się na stole do masażu, powiedziała, że leczy się na depresję. W jej głosie wyczułam nutę wstydu (w końcu choroby psychiczne w tym kraju to nadal abstrakcja, czego najlepszym przykładem są wywiad przeprowadzony z Janiną Bąk z Janina Dayli oraz komentarze, jakie wylały się na jej Instagramie czy stronie na Facebooku), natomiast ja po prostu przyjęłam to jako fakt, część historii i wpis w karcie, do której mam wgląd.

Sama nie mam depresji, ale chodziłam do pani psycholog przez wiele miesięcy. Wiem, że czasami dociera się w życiu do etapu, gdy jest źle. I najlepszym, co możemy dla siebie zrobić, jest udanie się do psychologa/psychiatry/terapeuty. Niestety nie uczy się nas tego sięgania po pomoc. Ale to jest temat na osobne wpisy.

Wracając do pani Zofii...

Powiedziała mi również (wtedy), że niedawno straciła męża. Że przeżyła z nim kilka dekad i że kilka miesięcy temu, po walce z chorobą, odszedł. Do tej pory, gdy o tym myślę i gdy z nią rozmawiam, miewam momenty, gdy gardło mi się zaciska a w oczach pojawiają się łzy.

Nie chodzi tylko o to, że jest mi przykro, że ta pani przeżyła stratę swojego ukochanego. Chodzi o to, jak o nim mówi. Z nieustanną czułością. Z zachwytem dla jego zaradności, że potrafił naprawić wszystko, nawet tę głupią spłuczkę w toalecie. Że był ostoją, gdy nią targały emocje. Że teraz jej dom jest pusty, bo brakuje męża. 

Choć wierzę w to, że człowiek sam jeden jest doskonałą całością, a nie żadną połówką, tak tutaj mam ochotę pokusić się o napisanie, że może nie połowa pani Zofii, ale część niej samej umarła wraz z mężem. Że to serce, które mu oddała, choć nadal bije, tak jest to teraz czynność tylko mechaniczna. Coś, co po prostu robi mięsień. Kurczy się i rozkurcza. Pompuje tę krew. I tyle.

Ze dwie tury temu moją pacjentką była pani Danuta*, która z początku była dość... osobliwą personą. Z jednej strony dużo mówiła, ale z drugiej niewiele. Dość stanowczo wyrażała swoje poglądy na każdy temat i początkowo nie dawała mi dojść do głosu. No okej, nie zawsze muszę prowadzić dialog. Czasami moim zadaniem jest tylko (i aż) wysłuchanie historii tej drugiej osoby. 

Podczas każdego kolejnego spotkania, przez 30 minut mówiła. Zaczęła też zadawać pytania i stopniowo wtrącałam od siebie jedno, dwa zdania. W międzyczasie wyszło, że tym, co spędza pani Danucie sen z powiek, jest obawa o swojego syna. Dorosłego syna, który nadal mieszka z nią i jej mężem, a który nie robi ze swoim życiem niczego. Z jej opowieści, jej syn został przygnieciony przez pasmo niepowodzeń, co dobiło go na tyle, że nie widzi sensu w niczym. Ma tam jakiś wyuczony zawód, ale nie kręci go on w żaden sposób, toteż nie szuka zajęcia w tego typu tematach. Po prostu siedzi w swoim pokoju, wyciąga od swojej mamy kasę na papierosy, denerwuje się gdy ktokolwiek i jakkolwiek się nim interesuje, bywa nieobecny.

Pani Danuta była u psychologa, żeby zapytać, co może zrobić. Widzi, że jej syn zamyka się coraz bardziej. Że odczuwa lęk przed wyjściem z domu (to pewnego razu podobno wykrzyczał, gdy pani Danuta chciała wymóc na nim ruszenie się po głupie zakupy chociażby). Że zraził do siebie masę ludzi i teraz nawet jego najlepszy przyjaciel nie pojawia się w ich domu. Podobno się pokłócili. 

Pacjentka była kłębkiem nerwów, a niemoc, którą odczuwała jest czymś, czego nigdy nie chciałabym przeżyć w stosunku do którejkolwiek mojej córki. Ta świadomość, że z dzieckiem jest źle, ale nie umiemy mu w żaden sposób pomóc musi być straszna. I widać było, że pani Danuta się tym okropnie zadręcza. 

*

To są tylko dwie pacjentki, ale podobnych historii jest więcej. Fakt, czasami przez te kilkanaście czy kilkadziesiąt minut rozmawia się o pogodzie czy dupie Maryni, ale nierzadko, gdy zamykają się drzwi gabinetu, coś się zmienia. Zanika ta maska kontroli, pojawiają się łzy, historie i też ulga. Bo ktoś wysłuchał. Bo nie oceniał. I czasami tyle wystarczy.

Bądźmy dla siebie łagodniejsi, ponieważ ta pani, co ma wiecznie skwaszoną minę może niedawno straciła męża, a tamten młody mężczyzna został oszukany przez osobę, którą kochał i teraz ma na głowie komornika i sprawy sądowe. 

 

*imiona pacjentek zostały zmienione

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © nieoKREŚLona , Blogger