25 września

House of the Dragon - luźne przemyślenia po pięciu odcinkach

 


Po pięciu odcinkach najnowszej produkcji HBO mogę śmiało stwierdzić, że...

WYSZŁY IM LEPIEJ NIŻ DWA* OSTATNIE SEZONY GRY O TRON. Ekhm, nie żeby trzeba było się wybitnie starać, żeby tamten dramat pobić, ale wiecie, o co chodzi. Prócz smoków, które są zajebiste w każdej odsłonie i dawce, największą robotę odwalają świetnie dobrani aktorzy. Nie wiem, jak przeżyję fakt, że nie dostanę już na ekranie porcji Milly Alcock, ale spróbuję sobie z tym poradzić.

Ten serial pokazuje wiele. I jednocześnie zostawia masę niedopowiedzeń. Czytałam w czeluściach neta, że co niektórym to przeszkadza. Bo dlaczego w sumie Targaryenowie siedzą na Żelaznym Tronie. PRZECIEŻ TO TAKIE Z DUPY. No ja nie wiem, zapewne jest na rzeczy coś, co sprawiło, że tak się dzieje. Ze stoickim spokojem przyjęłam ten fakt i cieszyłam się z oglądania odcinka za odcinkiem. 

Nadmienię od razu - nie czytałam książek, aczkolwiek przez ten serial mam ochotę sięgnąć po tę niedokończoną (na ten moment) historię sławnego George R.R. Martina. Może kiedyś do tego dojdzie, lecz póki co wolę się skupić na serialu. 

Musiałam, no...

ANYWAY...

Chemia, która występuje pomiędzy aktorami jest tak intensywna, że do tej pory czuję się nią oblepiona. Szczególnie, rzecz jasna, moje serce podbiła ta niecna i bardzo zakazana relacja pomiędzy Daemonem oraz młodą Rhaenyrą. Tak, ja wiem, to jest fe, żeby wujek z bratanicą, ale przymknijmy teraz na to oko, k? 

Nim zasiadłam do oglądania, słyszałam, że takie rzeczy się tutaj tworzą. Nie sądziłam jednak, że będę im potem kibicować. Co prawda to, w jakim kierunku się to potem potoczyło, nie usatysfakcjonowało mnie ani trochę, lecz momenty pomiędzy tymi konkretnymi Targaryenami wynagrodziły mi wszystko. Nie muszę pisać, że czekam na więcej, prawda? Choć teraz z już starszą Rhaenyrą, w którą wciela się Emma D'Arcy.

Jeśli o akcję chodzi, to nie ma tutaj spektakularnych walk. Trochę się nawalają z krabami, czasami jakiś smoczek buchnie ogniem, gdzieś mignie turniej rycerski. Pomijając te przerywniki, odcinki są przegadane. Ale za to w tak wyborny sposób, że chce się więcej.  I na całe szczęście to więcej nadejdzie.

Na ten moment śmiało mogę dołączyć do grona nienawidzących Alicent Hightower i jej ojca, któremu wyżej wsadziłam palec do nosa. Może to nie jest tak czysta nienawiść jak w przypadku Joeffrey'a, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Do irytujących lizodupów dołączył też sir Criston, wobec którego miałam dobre przeczucia i gdybym się wtedy o rękę z kimś założyła, to bym teraz nie pisała tego posta. Dobrze wiedzieć, że postacie nie są przewidywalne, a przynajmniej nie wszystkie.

Ród Smoka rokuje bardzo dobrze i mam tylko nadzieję, że nie spierdzielą tego tak spektakularnie, jak wiemy co i kogo. Danka też była zajebista, a potem no... Tak czy siak, nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na kolejny odcinek i wierzyć w to, że będzie przyzwoicie, albo przynajmniej nadal na obecnym poziomie.


*istnieją ludzie, którzy twierdzą, że trzy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © nieoKREŚLona , Blogger