16 października

Shang-Chi - czyli połączenie kina superbohaterskiego oraz azjatyckiego, które mnie kupiło

Zawsze, gdy oglądam kino superbohaterskie, a nie daj borze szumiący, azjatyckie, mam wobec tegoż pewne oczekiwania. Nie są one, rzecz jasna, specjalnie wygórowane, bo raczej nie szukam tutaj specjalnego patetyzmu i poruszania boleśnie trudnych tematów (nie zawsze). W przypadku Shang-Chi śmiało mogę powiedzieć, że będąc jakoś w połowie filmu, wszystko, czego w nim szukałam, zostało odhaczone na mojej wyimaginowanej liście. I całe szczęście.

Do gustu najbardziej przypadła mi postać nie głównego bohatera, lecz jego najlepszej przyjaciółki. Kate to dziewczyna, która pracuje razem z Shaunem. Jej supermocą są: wybitna umiejętność dezorientacji osób głupich poprzez śpiew oraz urodzenie się z kierownicą w rękach. Jest chaotyczna, niebywale wierna oraz uparta. Mi piace, totalnie. Przy tym wszystkim nie jest rasową pięknością, czaruje osobowością i mnie totalnie sobą kupiła.

Ok, Shaun, czy raczej Shang-Chi, też jest przyjemną postacią. Głównie dlatego, że nie wali z grubej rury jaki to on jest super i w ogóle znam karate 4 stopień wtajemniczenia (tak naprawdę to kung-fu, bo chińskie klimaty), tylko próbuje żyć jak przeciętny człowiek z przeciętną pracą. Czasem zabaluje, czasami pojeździ czaderskimi furami z Kate i wystarczy. Problem się robi wtedy, kiedy o swoich dzieciach (tak, Shaun ma też siostrę. I JAK ONA SPUSZCZA ŁOMOT...) przypomina sobie główny złol całego przedstawienia.

Papa Wenwu, w którego wciela się genialny Tony Chiu-Wai Leung, rozbija bank. Choć w przypadku tego antagonisty powody do bycia czarnym charakterem są proste, tak bardzo dobrze zostały one odegrane. Utracona miłość boli i praktycznie każdego człowieka jest w stanie sprowadzić z drogi prawa oraz porządku na niekończącą się autostradę zemsty. Tak było też i tym razem. 

Poziom gry aktorskiej w filmie zasługuje na mocną okejkę, podobnie zresztą sceny walk. Kocham, gdy na ekranie się biją. A gdy się biją po azjatycku, to już w ogóle. Choć sama sztuk walki nie trenuję, tak uwielbiam oglądać, gdy za pomocą pięści i sprawnie wymierzonych kopniaków bohater, któremu kibicuję, załatwia tego drugiego. Trzeba przyznać, że historia sama w sobie była przewidywalna, nieszczególnie ambitna, ale czy mi to wadziło? Wcale. Mogłam się śmiało skupić na pozostałych aspektach, chociażby wizualnych czy dźwiękowych (uwielbiam, gdy mówią po chińsku - jestem prostym człowiekiem) i czerpałam ze wszystkiego maksimum przyjemności oraz funu. 

Wszystko powyższe oraz masa innych rzeczy (jak chociażby postać Trevora, którego znamy z Iron Mana 3 w roli Mandaryna) sprawiły, że Shang-Chi wpadł do topki moich ulubionych filmów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © nieoKREŚLona , Blogger