Po skończeniu pierwszego sezonu, nie usiadłam od razu do oglądania reszty. Nie umiem powiedzieć, dlaczego, ale poczułam, że muszę dać sobie chwilę na złapanie oddechu. Gdy jednak w końcu odpaliłam drugi sezon... wpadłam do czarnej dziury i dopiero tydzień temu z niej wyszłam. Czy żałuję? Ani trochę.
Częściowo do napisania podsumowania natchnął mnie tekst Kasi (ig: kkasikak), napisany dla portalu Grajmerki.pl. Traktuje on o damach w opałach (gorąco polecam Wam zerknąć i zostawić komentarz!), które często gęsto stanowią tylko tło dla reszty wydarzeń. Pomyślałam sobie wtedy, że w jakiś sposób The Long Ballad też realizuje ten motyw, tylko po swojemu.
Bohaterki tej chińskiej dramy to głównej mierze księżniczki. Aż nie podziały się straszne rzeczy, nie musiały się o nic martwić. Jedna sobie haftowała, druga uczyła się strategii oraz kung-fu i było bosko. Kłopotki się porobiły, gdy ktoś tam zmarł, ktoś został porwany, ktoś był ścigany i tak dalej. Czy nasze księżniczki posypały głowy popiołem i z miną pt. "halo, proszę mnie uratować" czekały, aż koń na białym rycerzu przybędzie?
Nope. Za co tym bardziej uwielbiam ten serial.
Changge, główna bohaterka, wiedziała, że w pewnym momencie może umrzeć. Jasne, była ogólnie w średnim położeniu, jednakże nieustannie parła do przodu. Korzystała ze swojego szerokiego wykształcenia, ze znajomości, które kiedyś zawarł jej ojciec i podając się zazwyczaj za mężczyznę, próbowała dla siebie coś wywalczyć. Nie prosiła o pomoc, nie chciała na nikogo liczyć, głównie dlatego, że:
a) nie mogła na początku nikomu ufać,
b) nie zawsze myślała o innych, będąc skupioną na swoim celu,
b) a poza tym, jak już, wizja zgonu była zbyt realna, więc po co potencjalnych przyjaciół skazywać na śmierć.
A tu się pojawiał gdzieniegdzie Ashile Sun, pałający do Changge jakimś uczuciem i z uporem maniaka ratował ją, a potem miał pretensje... Dude, serio xD. Ale po pewnym czasie mu przeszło, przynajmniej obwinianie i trochę wydoroślał. (Ich relacja to motyw na totalnie osobny wpis)
Leyan, zaraz obok swojej kuzynki, zyskała bardzo dużo w trakcie kolejnych sezonów. W pierwszym poznałam ją jako słabą kukiełkę bez krzty charakteru, która opierała cały swój byt na Changge oraz ojcu. Potem jednak, po dramatycznych dla niej wydarzeniach, usamodzielniła się oraz zrozumiała, że całe życie miała klapki na oczach. Nie widziała, jak żyją poddani, nie miała bladego pojęcia o nieszczęściach, głodzie, śmierci i niesprawiedliwości. Życie przeorało ją w najgorszy i jednocześnie najlepszy możliwy sposób, a ona sama wyciągnęła z tych doświadczeń wnioski, dzięki którym stała się księżniczką naprawdę potrafiącą pomagać ludziom.
Rzecz jasna, były próby, wielokrotne, ratowania Leyan, ale były przez długi czas bardzo nieudolne i dama w opałach przemieniła się w pewną siebie kobietę niepotrzebującą tych pomocnych dłoni. Przynajmniej nie tak bardzo, jak wcześniej.
(Gdy tak zerkam na kartkę z wypisanymi punktami do tego posta, stwierdzam, że mnie chyba porąbało... XD Część rzeczy zostawię sobie na inne razy, a tu postaram się dobić do brzegu.)
Postaram się teraz skupić na efektach. Coś, co mnie trochę bawiło, a czasami nawet i mierziło, to sposób umierania postaci. Tak, tak, był on MEGA DRAMATYCZNY (tak dramatyczny, że aż zębami zgrzytam), ale przy tym... Żenujący.
Oglądanie podrzynanych gardeł po jakimś czasie się nudzi. Na dodatek te wszystkie ciachnięcia były tak płytkie jak nieuważne zacięcie się podczas golenia, ale w serialu, rzecz jasna, były totalnie na poważnie. Krwi tyle, co wcale, rany takie raczej niewyraźne... No nie przekonywały mnie. Ja wiem, że to nie jest serial wybitnych lotów pod pewnymi względami, ale do jasnej ciasnej xD DEJCIE WIĘCEJ KRWI
Walki, szczególnie te 1:1, były zrobione dobrze. Bardzo emocjonująco, dynamicznie, w pewnych momentach niestety pojawiał się cringe (NIE CZAS NA GADANIE), ale poza tymi fragmencikami, były super. Nie było odpalonego trybu turbo-wuxia, toteż walczący nie latali pod niebiosa, lecz zaledwie trochę wyżej skakali i ok. Tyle wystarczyło, by było klimatycznie, ale bez ogólnej przesady.
(Odpalcie sobie mniej więcej od 7:20. Gorąco polecam <3)
ALE ŻEBY NIE BYŁO TAK SPOCZKO... Niepotrzebnie zbyt często wykorzystywanymi zabiegami było slow-motion i zbliżenia na... rękę czy coś innego, co tam sobie umyślili. Luuuudzie, ja wiem, że to jest DRAMA, ale aż tak dramatycznie to nie musiało być. Tłumaczę to sobie jednak tak: tym się charakteryzują tego typu seriale, tak musi być i basta. Oczywiście to nie jest moja ostatnia obejrzana radosna chińska twórczość. Mam już na liście co najmniej 5 innych dram do zobaczenia. Stay tuned!
Na koniec napomknę jeszcze o doskonałej muzyce (ciągle słucham playlisty z utworami z The Long Ballad), ciekawych wstawkach animowanych (głównie wtedy, kiedy miały być jakieś większe bitwy) oraz intrygach, których rozwinięcia nie przewidziałam. Nie spodziewałam się, że złym złolem będzie ta osoba, która się nią... okazała. A że nie czytałam materiału źródłowego (mahua o tym samym tytule), to byłam pozytywnie zaskoczona.
Chang Ge Xing to serial, który idealnie spełnia rolę subtelnie angażującego odmóżdżacza. Prócz przyjemnych głównych bohaterów, ma szeroką gamę drugo i trzecioplanowych postaci, które da się lubić lub wręcz odwrotnie. Postacie są wielowymiarowe oraz bardzo dobrze zagrane, dzięki czemu chce się wiedzieć, co będzie z nimi działo się dalej. Kilka razy zdarzyło mi się mocno wzruszyć, wkurzyć i nawet pojawiła się też chęć nakopania pewnej osobie do dupy. Wszystko to zebrane razem wydaje mi się dość dobrą rekomendacją serialu. Na pewno obejrzę go jeszcze nie raz, żeby poprzeżywać, pośmiać się i odrobinę pobyć z tymi bohaterami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz